
Nasi Mieszkańcy
Przedstawiamy naszych mieszkańców
Nie ma jak w Murzynowie….

Wywiad przeprowadzony z Panem Arturem Seroka, jednym z właścicieli działek budowlanych przy ul. Nowej w Murzynowie.
Kamil Różycki: Jak to się stało, że
zdecydował się Pan zakupić działkę budowlaną właśnie w Murzynowie?
Artur Seroka: Było to w roku 2008. Razem z żoną szukaliśmy kawałka ziemi, na którym moglibyśmy urządzić sobie małe gniazdko, miejsce w którym można razem z najbliższą rodziną i znajomymi miło i spokojnie spędzać wolny czas z dala od miejskiego blokowiska a w dalszej przyszłości może wybudować dom i na stałe sprowadzić się na wieś.
K.R. Czy z perspektywy czasu uważa Pan tą decyzję za słuszną?
A.S. Tak uważam, że to była słuszna decyzja i dziś nie zamienie tej działki na żadną inną w gminie.
Tutaj odpoczywam, mój syn ma bezpieczne miejsce do zabawy, znajomi bardzo chętnie przyjeżdżają do nas na grilla, a ja pracując tutaj fizycznie relaksuje się i "ładuje akumulatory" na dalszą pracę zawodową. Nie potrzebuję tutaj morza, jeziora, gór (to mam w innych regionach) ja rozkoszuję się panującą tutaj ciszą, śpiewem ptaków, pięknym zachodem słońca i nieograniczona przestrzenią. Przy tym wszystkim nie przepycham się w tłumie wczasowiczów – poprostu raj!

K.R. Co by Pan zmienił w Murzynowie?
A.S. Największa bolączką moją, jak i moich sąsiadów jest droga dojazdowa czyli ul. Nowa, której stan jest tragiczny!! Nie można skutecznie zagospodarowywać tych działek i ściągać nowych mieszkańców, kiedy droga to jedna wielka dziura!! Uważam, że to powinna być priorytetowa inwestycja w Sołectwie Murzynowo. Rozwój tego osiedla to rozwój całej miejscowości, to nowi mieszkańcy, nowi uczniowie w miejscowej szkole i więcej podatku w gminnej kasie.
K.R. Proszę w kilku zdaniach powiedzieć jak Pan postrzega Murzynowo i żyjących tu ludzi?
A.S. Okolica jest urocza i ma to coś do czego chce się wracać a ludzie…
Dzięki otwartości i życzliwości miejscowych było mi łatwiej pokonać trudności związane z zagospodarowaniem działki. Nie zdarzyło mi się usłyszeć „NIE” od osób, do których zwróciłem się o pomoc. Tutaj załatwienie koparki, ciągnika czy przewóz ziemi oraz pomoc w ciężkich pracach fizycznych nie stanowi problemu, wystarczy poprosić. Ogromną pomoc uzyskałem od sąsiada Pana Roberta Gabarkiewicza miejscowego przedsiębiorcy, dzięki któremu poznałem co to znaczy dobry sąsiad.

K.R. Czy to możliwe że nie widzi Pan wad w naszym Sołectwie?
A.S No aż tak dobrze to nie jest! Jak w każdym środowisku zdażają się wyjątki, więc i tutaj zdarzyło się, że miałem włamanie do budynku gospodarczego, skradziono mi świeże piękne sadzonki drzew, bywa też, że ktoś podrzuca mi za płot śmieci ale….. Mimo to spokój jaki tutaj mam i przestrzeń do dyspozycji przyciemniają te minusy. Mam nadzieję, że już niedługo będę postrzegany jako tzw. „swój” i będę pełnoprawnym i akceptowanym mieszkańcem Sołectwa Murzynowo.
Zachęcam wszystkich do kupienia tutaj działki-
to dobra inwestycja.
Dziekuje Panu za wywiad. K.R.


Wspomnienia mieszkańca Murzynowa Pana Czesława Szymczaka który doświadczył tragedii II wojny światowej.
![[Rozmiar: 48747 bajtów]](foty2/szymczak.jpg)
Błaszki powiat Kaliski.
20 listopada 1942 roku otrzymałem nakaz wstawienia się
do szkoły, na godz. 8:00
Nazajutrz wszyscy z wiarą że hitlerowcy przywrócili polskim
dzieciom prawo do nauki, cieszyliśmy się z wspólnego
spotkania....
Nie pamiętam dokładnie ilu Nas wtedy tam było. Byli także nauczyciele.
Pamiętam moje dwie nauczycielki. Były to Panie Stojewska i Kwaśniewska.
Przetrzymywano Nas w zamknięciu, bez jedzenia i picia, przez cały
dzień. Wieczorem, po dopełnieniu formalności papierkowych, około godz.
23:00 wyprowadzono Nas przed szkołę. Tam czekała na Nas eskorta
esesmanów uzbrojona po zęby. Ten ponury obraz uzupełniały
złowrogo usposobione psy. Uformowano Nas w kolumnę marszową. Zamknieto
szczelnym kordonem, uniemożliwiającym pożegnanie się z rodzinami.....
Przy silnym wietrze i śniegu z deszczem, rozpoczęła się Nasza listopadowa gehenna.
Popędzono Nas na stację kolejową w Błaszkach. Tam czekały już na Nas
wagony towarowe. Krzykami, groźbami wpędzono Nas do środka. Cały
transport wkrótce ruszył.
Jechaliśmy w nieznane.
Wszyscy zastanawialiśmy się gdzie i po co Nas wiozą.....
Było jeszcze ciemno kiedy wypędzono Nas z wagonów i skierowano w
stronę dużego kompleksu baraków. Doprowadzono Nas do łaźni i
kazano zdjąć ubranie. W drzwiach prowadzących do łaźni znajdowały się
beczki z szarym mydłem. Stali tam również esesmani,
którzy nabierali drewnianą łopatką mydło z beczki. Każdy
wchodzący do łaźni był uderzany tą łopatką w plecy. Kąpiel była
różna, jedni zostali zlani całkowicie zimna wodą, inni wręcz
ukropem. Nasze nauczycielki były z Nami.
Z chwila wyjścia z łaźni już ich więcej nie zobaczyłem.
Kiedy się już rozwidniło zorientowałem się, że jesteśmy na terenie
Poznania.
Nie byliśmy w samym mieście. Był to stosunkowo duży obóz. Z
obozowej bramy wychodziło się na szosę. Szczyt obozu był ogrodzony od
ulicy drutem kolczastym.
Widziałem w tym obozie wielu dorosłych mężczyzn, kobiet oraz ogromną
liczbę dzieci.
Do dziś nie spotkałem nikogo kto mógłby mi powiedzieć gdzie dokładnie wtedy byliśmy.
Jedni twierdzili, że było to gdzieś na „Siódmych
Torach”, inni, że w rejonie Poznań – Wola, jeszcze inni, że
w okolicach Cytadeli. Zgroza tej sytuacji oraz mój młody wiek
nie pozwoliły mi zapamiętać wszystkich szczegółów. W tym
obozie przebywaliśmy do końca roku.
Nie będę pisał o życiu w obozie , były tam te same warunki jakie panowały w wszystkich obozach tego typu.
Te same regulaminy, te same metody i te same tortury...
Śniadanie składało się ze sznytki czarnego chleba, tak cienkiego, że
łamał się w dłoni i kubka czarnej kawy. Obiad składał się z zupy
zrobionej z łupin marchwi, brukiew, buraków, czasami z
ziemniakami często zgnitymi. Nie muszę dodawać, że w obozie panował
niesamowity głód, szerzyły się choroby i olbrzymia wszawica.
Z początkiem stycznia zostaliśmy przewiezieni do miejscowości Halle ten obóz był podobny do tego w Poznaniu. Przebywaliśmy tam około 6 tygodni. Warunki w niczym nie różniły się od od tych opisanych wcześniej. Jeśli się dobrze orientuję, to nie było tam komór gazowych ani pieców krematoryjnych.
Wreszcie przewieziono Nas w nowe miejsce . Jak się
okazało był to majątek obszarniczy w okolicach miejscowości Borg. W tym
majątku przebywaliśmy do końca maja, zbierając ciągle kamienie z
pól. Był to bardzo duży majątek z jego krańców odległość
wynosiła 18km. Pracowaliśmy także w lesie, który był wszędzie
wokół pól. Obok Polaków byli tam ludzie innych
narodowości, w tym; Serbowie, Francuzi, Belgowie...
Przez cały czas tej wojennej tułaczki była ze mną ś.p. Siostra Zofia
starsza ode mnie o trzy lata, podobnie jak grupa dziewcząt z okolicy
Opatówka i Zbierska w powiecie kaliskim.
Przez cały maj i czerwiec przebywaliśmy u plantatora szparagów.
Polana na której uprawiano szparagi oddalona była od Borga
jakieś 12 km. Na jej środku znajdowała się szopa, w której
spaliśmy na drewnianych pryczach, mając po jednym kocu, bez
zagłówków. Obok szopy swój pokój miał
właściciel plantacji. Pamiętam, że nigdy nie rozstawał się z bronią.
Czas pracy rozpoczynał się o 3:30 w nocy i trwał do 11:00. Do godz.
15-tej była przerwa następnie pracowaliśmy do godz. 23:00. Za całe
śniadanie i kolację musiały Nam starczyć dwie kromki chleba z buraczaną
marmoladą i czarna kawa. Na obiad dzień po dniu zupa szparagowa na
margarynie bez ziemniaków. Dodatkowo był kompot. Nasza praca
polegała na zbieraniu i sortowaniu szparagów.
W końcu razem z siostrą zostaliśmy zabrani z plantacji i
trafiliśmy do miejscowości Kuhlhausen (pow. Havelberg) Siostra
pracowała u jednego ja u drugiego gospodarza. Do dziś nie wiem dokąd
zostali przewiezieni Nasi towarzysze....
W Schonhausen byliśmy do chwili zakończenia wojny.....
1 maja 1945 roku o godz. 21-szej wkroczyli do Nas żołnierze Armii Polskiej i Radzieckiej.
Od tej chwili byliśmy wolni......
Nazajutrz razem ze starszym kolegą pomagaliśmy
żołnierzom, zbieraliśmy żywność, bieliznę, pościel dla szpitali.
Udzielaliśmy także informacji o najbrutalniejszych Niemcach. Trzech
groźnych gestapowców zostało aresztowanych i przekazanych do
sztabu, który rozlokował się w Naszej wiosce. Pamiętam, że
krótko przed zakończeniem wojny, trzech moich rodaków
planowało ucieczkę na linię frontu. Mieli już przygotowana biało-
czerwona flagę i takowe opaski na ręce. Pochwaliłem się, że u Naszego
gospodarza kwateruje trzech niemieckich żołnierzy. Spali oni na strychu
obory.
Chodząc co dziennie po siano zauważyłem, że maja tam trzy karabiny
maszynowe, amunicję i skrzynkę granatów. Żołnierze często
opuszczali strych więc miałem czas aby im zabrać ten cały arsenał, co
też uczyniłem i przekazałem kolegom. Następnego dnia słyszałem tylko
jak gospodarze szeptali między sobą, że „te polskie świnie
uciekły”.Szczęśliwie mnie nikt o nic nie zapytał...
4 maja wyruszyliśmy całą grupą Polaków do swoich domów.
Ja z moją siostrą jechaliśmy na wozie zaprzęgniętym w
dwa konie 9 maja czyli w dniu zakończenia wojny nocowaliśmy na
przedmieściach Berlina.
Jechaliśmy w kolumnie trzech wozów, pamiętam, że Nasi żołnierze
nie chcieli Nas puścić bo po lasach grasowały jeszcze grupy niemieckich
niedobitków.
Przejechaliśmy szczęśliwie.....
Pamiętam zburzony i palący się Berlin, te salwy artyleryjskie z okazji
zakończenia wojny i kapitulacji hitlerowskich Niemiec. Nie zapomnę też
bramy Brandenburskiej, na której łopotały biało-czerwone i
czerwone flagi.
Po przejechaniu całego Berlina, już transportem kolejowym znaleźliśmy
się w rodzinnej miejscowości Błaszki.....
Był dzień 16 maja 1945 roku....
KONIEC
Oprócz mnie i mojej siostry Zofii, po mężu
Wyrzykowskiej, taki sam los spotkał mojego starszego brata ś.p.
Tadeusza (pracował w okolicach Dobrzan woj. Zachodniopomorskie)
W 1946 roku przenieśliśmy się na Ziemie Odzyskane, dokładnie do miejscowości Murzynowo gmina Skwierzyna.
Któregoś słonecznego dnia stałem w drzwiach Naszego domu...
Mężczyzna w Brytyjskim mundurze z biało- czerwonymi naszywkami zapytał mnie;
Gdzie mieszkają Szymczakowie?
Po sześciu latach nieobecności,pracy w Finlandii i internowania w Norwegii odnalazł się
Nasz Ojciec Józef..... CDN
Wywiad Kamila Różyckiego z Marcinem Baradziejem.
Marcin (20lat) to mieszkaniec Murzynowa którego
życie całkiem się zmieniło w dniu 16. 10. 2007. kiedy to uległ
wypadkowi na poligonie wojskowym w Wicku Morskim.
K.R. Marcin jakiś czas temu w naszej miejscowości ukazał się apel o pomoc dla ciebie.Czy jest jakaś odezwa naszych mieszkańców na to wezwanie? M.B. Powoli mieszkańcy zaczynają wpłacać drobne sumy za które bardzo dziękuję. Muszę dodać ze mam wpłaty ludzi dobrej woli z całego województwa. W apelu jest ujęty tylko jeden element (zastrzyki) a Ja musze zakupić wiele specyfików które są mi niezbędne a NFZ ich nie refunduje. Do tego dochodzą koszty dojazdów i noclegu moich rodziców którzy są mi nieraz niezbędni w szpitalu. K.R. Jak w tym całym nieszczęściu zachowało się wojsko? M.B.Od samego początku było wiele obietnic że wszystkim się zajmą ze pomogą itd. A w rzeczywistości przedstawiciele wojska cały czas wykorzystywali nasza nieznajomość prawa i odwlekali w czasie kwestie renty .Dzisiaj jestem w cywilu i wojsko zaczyna w kwestii renty wykazywać opieszałość i małe zainteresowanie a skutkuje to tym ze jestem na dzień dzisiejszy bez środków do życia. Jednocześnie muszę powiedzieć ze JW5700 załatwiła łóżko terapeutyczne z Caritasu i przywiozło je do domu. Wcześniej została mi udzielona zapomoga. K.R. A co z odszkodowaniem? M.B. Na chwilę obecną przyznano mi 70% uszczerbku na zdrowiu. Orzekła to komisja lekarska zaocznie bez oglądania mnie a tylko na podstawie dokumentacji medycznej. K.R. Kiedy nastąpi wyplata świadczenia? M.B. Czekamy na uprawomocnienie się decyzji więc juz niedługo. K.R. Czy chciałbyś coś powiedzieć,przekazać od siebie? M.B. Chciałbym bardzo gorąco podziękować wszystkim ludziom dobrej woli i wielkiego serca za okazaną mi pomoc w każdej formie. Szczególne podziękowania dla mojej rodziny która jest przy mnie cały czas i bardzo mi pomaga wiem że oni bardzo przeżywają tą całą sytuacje. K.R. Dziękuję za rozmowę i życzę szybkiego powrotu do zdrowia. Zapraszam do aktywnego udziału na naszym forum
Moi
drodzy Marcinowi zdarzyło się wielkie nieszczęście młody człowiek
musiał nagle zmienić swoje zycie diametralnie. Jego zycie to teraz
ciągły pobyt w szpitalach i w domu na wózku. Nie może jeszcze
wykonać sam wielu podstawowych czynności nad których wykonaniem
większość z nas się nie zastanawia. Wiele kłopotów które
spotkały Marcina i jego rodzinę od momentu wypadku nie ujrzały światła
dziennego i tak naprawdę My nie wiemy z jakimi problemami musza się
zmierzać. Pamiętajmy wszyscy ze jutro ktoś z nas- dziś szczęśliwych i
zdrowych może potrzebować pomocy!.KAISER
Wywiad Kamila Różyckiego z Mariolą Piekarską bibliotekarką Biblioteki Publicznej w Murzynowie.
K.R. Od jak dawna w Murzynowie mamy bibliotekę?
M.P. Według księgi inwentarzowej pierwszy zbiór książek wpisano w 1957r. Więc od tego właśnie roku datuje się jej powstanie.
K.R. Dużo jest książek na dzień dzisiejszy?
M.P. Stan księgozbioru zmienia się w zależności od zakupu.
Obecnie wynosi 8000 Na nowości nie ma co narzekać, jest naprawdę dużo
dobrych książek.
K.R. Jak wypadamy jeśli chodzi o czytelnictwo?
M.P. Nie jest z tym najgorzej. Zarejestrowanych jest 290
czytelników. Większość stanowią oczywiście uczniowie. Najstarsza
czytelniczka ma 86 lat.
K.R. Jak naprawdę wygląda praca w bibliotece?
M.P. Wielu ludziom wydaje się, że bibliotekarka cały dzień czyta
książki i dla zabicia czasu, przekłada je z półki na
półkę. Nic bardziej mylnego. Trzeba opracowywać nowości,
uzupełniać katalogi reperować starsze książki.Bibliotekarka musi być
zorientowana co dzieje się w niemal każdej dziedzinie. Trzeba być
przewodnikiem po różnych źródłach informacji, znawcą
literatury a nawet jak psycholog z uwagą i zrozumieniem wysłuchać
zwierzeń o życiowych, kłopotach i niczym rasowy biblioterapeuta
zaaplikować odpowiedni balsam dla duszy- książkę.
K.R. Wiem, że małe biblioteki często muszą udowadniać sens swojego istnienia.
M.P. Tak, to prawda, często trzeba tłumaczyć sprawę tak
oczywistą jak to, że biblioteka ma wpływ na kulturowy rozwój
lokalnej społeczności. W naszej bibliotece można nie tylko wypożyczać
książki. Są prowadzone zajęcia z dziećmi, odbywają się konkursy i
wystawy, uczniowie z miejscowej szkoły przychodzą na lekcje
biblioteczne. W czytelni są gry planszowe dla najmłodszych. Tutaj
również, spotykają się członkowie lokalnej grupy OTOP
K.R. Co by pani zmieniła lub wprowadziła nowego do biblioteki?
M.P. Przede wszystkim potrzebny jest dostęp do Internetu.
Wyobrażam sobie bibliotekę jako centrum informacji, a bez nowego
komputera i Internetu nie jest to możliwe. Obok jest świetne miejsce na
utworzenie kafejki internetowej. Pora jest też pomalować pomieszczenie,
kupić nowe skrzynki katalogowe. Chciała bym, by nasza biblioteka była
miejscem nowoczesnym i zarazem przytulnym. Miejscem w którym nie
tylko wypożycza się książki ale również rozmawia się o nich.
Marzy mi się Murzynowski Klub Miłośników Książki.
K.R. Dziękuję za rozmowę i życzę nowych czytelników.